Kategorie: Wszystkie | Polityka | Varia | Światopoglądy
RSS
środa, 16 kwietnia 2008
Że Kościół jest jeden
Dawno, dawno temu, gdy nikomu nie śniło się jeszcze o www, dvd i prezerwatywach, był sobie pewien nadzwyczaj pobożny facet, który zasiadłszy na stolcu piotrowym, wówczas jeszcze podlegającym jurysdykcji świeckiego państwa włoskiego, przybrał imię Piusa X, ogłosił się więźniem Watykanu i stanowczo podjął walkę z nowoczesnym światem. Owa stanowczość doprowadziła do jego rychłej kanonizacji (w 1954 r.) oraz do powstania laurki w polskiej Wikipedii. Możemy w niej na przykład przeczytać, że jako biskup [Wenecji uwagę] zwracał na formację kapłanów w seminarium. Był znany jako życzliwy ojciec diecezji który zwiedzał wszystkie parafie. Gdy został już papieżem, chwalebna ta dbałość o poziom umysłowy podległych mu owieczek znalazła swój najdonioślejszy wyraz w "Przysiędze antymodernistycznej", którą nakazał składać wszystkim kapłanom i teologom. Jak łatwo się domyślić, przysięga ta została wydana aby zapobiec rozprzestrzenianiu się modernistycznych tendencji w Kościele katolickim oraz by jasno wyłożyć katolicką doktrynę wobec tych tendencji. Stało się to konieczne, gdyż modernizm nie doprowadzał w sposób otwarty do schizmy, ale powodował zamęt w umysłach wiernych co do istoty dogmatów, relacji wiary i rozumu oraz roli nauczania Kościoła. Za pomocą napisanej przez siebie przysięgi Pius X bronił absolutnej i niezmiennej prawdy głoszonej od początku przez Apostołów, gwarantowanej w sposób niezawodny Boskim autorytetem, nieprzerwaną sukcesją apostoską oraz w dodatku filozofią neotomistyczną. Nie zauważywszy, że wszystkie te trzy filary wspierają się jedynie na swoich własnych założeniach oraz jego własnym głębokim przekonaniu, w przypadku sukcesji apostolskiej będąc w dodatku historyczną bzdurą, mógł stwierdzić, że wszystko to, co powiedział, zaświadczył i objawił Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz, uznajemy za prawdę dla powagi Boga najbardziej prawdomównego. Innymi słowy, Boga dowiódł niezawodnie Bogiem, Tradycję watykańską Tradycją, niezmienność prawdy objawionej niezmiennością prawdy objawionej, a apostolską sukcesję charyzmatu prawdy sukcesją apostolską charyzmatu prawdy - w skrócie, własne przekonanie własnym przekonaniem. Wszystko zaś, co nie było jego pokornym przekonaniem, opartym na niezawodnym autorytecie własnego przekonania, uznał za "modernizm" - główne zagrożenie współczesnego świata.

Sto lat później Kościół ma już inną twarz: w miejsce skostniałej powagi mszy łacińskiej kapłani urządzają spektakl obróceni do wiernych, język narodowy nie kojarzy się już z niebezpiecznym naruszaniem tradycji, a papa potrafi odwiedzić meczet i pomodlić się razem z prawosławnymi, pokazując, jakie to aggiornamento spotkało Kościół powszechny. W dodatku papa jest dziś fajny i taki ludzki, jeśli powie: "jak się pomylę, to mnie poprawcie". Po ćwierćwieczu nieustannego popisu utalentowanego aktora, jakim niewątpliwie był Jan Paweł II, bardzo łatwo skupić się na radosnym "zostań z nami" i przegapić "cięższą", teologiczną myśl owego wybitnego intelektualisty, który "modernizmowi" sprzeciwiał się równie mocno, jak jego święty poprzednik. Benedykt XVI reprezentuje zresztą podobną klasę myśli - jest akademickim teologiem, niespecjalnie pasującym do roli Jana Pawła II bis, który nie bez powodu zasłużył sobie na miano "pancernego kardynała". Pojęcia Piusa X nadal rządzą Kościołem, choć nastawienie na ekumenizm i medialny poklask skutecznie zaciemniają to przed multum jego niezorientowanych obserwatorów. Dzisiejszy Kościół katolicki to ta sama machina intelektualnego bezwładu, co sto lat temu, ubrana tylko w przyjazną minę i medialne świecidełka.

Czy ktoś się dziwi, gdy ci postępowi, "ludzcy" biskupi ukrywają pedofilów, że są pierwsi w kolejce po publiczne pieniądze oraz w zabranianiu wszystkim wszystkiego, co nie po ich myśli, a ostatni w podporządkowywaniu się prawu świeckiego państwa? Że
zwolennik Rydzyka Leszek Sławoj Głódź nie tylko stoi na czele zespołu, którego zadanie żartobliwie określono jako duszpasterską troskę nad Radiem Maryja, ale obejmie już niedługo arcybiskupstwo gdańskie? W wielu komentarzach powtarza się zaskoczenie, sprzeciw, jawna niechęć. Ale czemu się tu dziwić? Przecież Rydzyk wyraża dosadnie dokładnie to, co w białych (choć niekiedy przybrudzonych) rękawiczkach robią wszyscy biskupi. Aborcja nie. In vitro nie. Traktat lizboński nie. Unia bez Boga nie, bo cywilizacja śmierci, Unia z Bogiem tak, ale tylko katolickim. Muzeum Opatrzności Bożej z kawałeczkiem doczepionej dla niepoznaki świątyni tak. Parady równości nie. Sekty nie, groźne i zwalczać, kasa na nasze kółko różańcowe tak. Koncerty metalowe nie, satanizm, satanizm, zwaczać! (patrz: sekty nie). Praca w święta nie - w święta katolickie, naturalnie, żydzi niech zasuwają w szabas. Trąbienie carillonowej pobudki na całą okolicę tak, ale wezwanie na modły do meczetu nie. Relatywizm nie, wszystko, co nie my, to relatywizm, stanowczo sprzeciwiamy się relatywizmowi! Pedofil, jaki pedofil, jak można tak szkodzić wizerunkowi Kościoła, sąd kanoniczny zajmuje się już sprawą od wielu lat, może przesłucha rzekomych pokrzywdzonych, zanim umrą. Pornografia nie, zakazać. Prezerwatywy nie, bez lateksu jest naturalnie, a z lateksem to straszny grzech. Edukacja seksualna nie, wiedza medyczno-psychologiczna jest groźna, wychowanie do obsesji "czystości" tak. Religioznawstwo nie, lepiej nie wiedzieć o innych, katecheza tak. Krzyże w szkołach tak, jak to szkoła bez Boga, nie może być. Kasa dla katechetów tak, jak to - neutralne światopogądowo państwo miałoby nie płacić za katechezę? Itd. Itp. Jedyna różnica między tzw Kościołem toruńskim a "Kościołem łagiewnickim" polega na formie: gdzie jedni krzyczą rozgoryczeni z jawną złością, drudzy z dobrotliwym uśmiechem i poczuciem własnej wyszukanej, tomistyczno-tomistycznej intelektualnej wiedzy, wyjaśniają: nie, bo nie, bo nie. Bo ja wam blablabla zabraniam, bo Bóg dał mi blabla-wiedzę, która wskazuje niezbicie, że blablabla. Więc wszyscy blablabla, moje obsesje prawem powszechnym, bo abrakadabra relatywizm cywilizacja śmierci św. Tomasz ja wiem lepiej blablabla.

Tak więc nikogo nie powinna dziwić nominacja abpa Głodzia.
Skoro hierarchowie chcą, by diecezją, w której abp Gocłowski rozpropagował Dni Judaizmu, zarządzał teraz poplecznik sączącej antysemityzm rozgłośni, można przypuszczać, że podoba im się myśl, by Kościół nabierał rysów o. Rydzyka czy właśnie prałata ze św. Brygidy. Znacząca część Episkopatu uważa ich obu za ostoję tradycyjnej pobożności. To właśnie aggiornamento Kościoła.

Irytuje mnie sposób, w jaki "Wyborcza" relacjonuje spory wokół Rydzyka - angażując się po jednej ze stron. Z tego samego powodu nie potrafię utożsamić się z zaangażowaniem Joanny Senyszyn we wprowadzanie cnót ewangelicznych do Kościoła. Kto śledził ten blog, zauważył z pewnością, że rzadko wspominałem tu o ojcu dyrektorze; a jeśli już to od święta robiłem, to nie krytykowałem go z powodu zagrożenia dla "dobrych katolików", ale dlatego, że nie podoba mi się jego fundamentalizm sam w sobie. Rydzyk jest problemem, bo sieje nienawiść ufundowaną na teokratycznych ciągotach do władzy, a nie dlatego, że psuje wizerunek Kościoła. Na psucie wizerunku Kościoła pracuje solidarnie wielu innych jego przedstawicieli, a Rydzyk to tylko porcja nieświeżego sosu doskonale pasującego do całej, dawno już nieświeżej potrawy. Nie ma katolików dobrych i złych, są tylko prymitywni i bardziej wysublimowani, tępi i wykształceni. Wszyscy jednak wierzą w tę samą gotową prawdę, do której objęcia nie potrzeba żadnego wysiłku intelektualnego poza odklepaniem "ojcze nasz" i rytualnym sprzeciwem wobec straszliwego modernizmu. Pius X dokonał w umysłach duchownych takich spustoszeń, że mocą bezwładu trwają one niemal nienaruszone aż do dzisiaj, mimo że jego przysięga już od pół wieku nie jest obowiązkowa. "Antymodernizm" nawet wsparty bardziej rzetelną wiedzą historyczno-biblistyczną pozostaje tym samym antymodernizmem, czyli obsesyjnym strachem przed wszystkim, co niezgodne z moimi własnymi definicjami, opartym na argumencie z samego siebie. Jest to sposób działania przedszkolaka, który sam nie ma ochoty bawić się jakąś zabawką, ale gdy ktoś inny się nią zainteresuje, zaraz skupia na niej całą uwagę i krzyczy: nie dam! nie wolno! Zabraniam! Sam nie chcę i innym też nie pozwolę.

Oto właśnie jedność Kościoła: jedność umysłowej ciasnoty. Ryba psuje się od głowy, nie od Rydzyka.
poniedziałek, 21 stycznia 2008
O granicach obciachu
Dwieście tysięcy ludzi przyszło wczoraj na Plac Św. Piotra w Rzymie, by bronić zagrożonej wolności słowa papieża: Benedykt XVI nie krył się z tym, że wczorajszy Anioł Pański miał być demonstracją w obronie wolności słowa. - Zachęcam was, drodzy profesorowie, byście zawsze szanowali cudze opinie i poszukiwali prawdy i dobra w duchu otwartości i odpowiedzialności - mówił papież, przypominając, że sam był profesorem.

Dobrze, że te słowa padły, bo to właśnie o wolność słowa idzie. Nikt papieżowi tej wolności nie odbiera - codziennie ma do dyspozycji armię dziennikarzy z kamerami, którzy tylko czekają, by każde jego słowo przekazać na cały świat. Natomiast nie każdy musi cudzej wolności słowa wysłuchiwać. Ja na przykład nie miałbym ochoty wysłuchiwać wykładu Tariqa Ramadana,
któremu za mojej bytności w Brukseli zabroniono wykładu na ULB, uznając, że przesadą byłoby udzielanie uniwersyteckiej trybuny komuś, kto nie waha się twierdzić, że kobiety należy kamieniować za cudzołóstwo. Decyzja wywołała burzę protestów ze strony studentów muzułmańskich, którzy tak jak teraz papież powoływali się na wolność słowa. Ja natomiast byłem zdecydowanie za rektorem, uznając, że pewnych poglądów po prostu nie wypada głosić na uniwersytecie - choćby dlatego, że cywilizowany świat przedyskutował już dwieście lat temu kwestie wolności słowa i (w przypadku Ramadana) wolności osobistej i nie wypada dziś do nich wracać. I tak w samo w obecnym przypadku nie o to chodzi, czy papieżowi wolno się wypowiedzieć, czy nie - lecz o to, że są granice obciachu. Udzielenie uniwersyteckiej trybuny komuś, kto żąda wolności słowa dla siebie, a jednocześnie uznaje, że Galileuszowi za jego wolność słowa należało się sprawiedliwe dożywocie - owe granice obciachu przesunęłoby zdecydowanie za daleko.
środa, 16 stycznia 2008
Człowiek wielkiej kultury stracił okazję do dialogu

Zapowiedziana na czwartek wizyta Benedykta XVI na rzymskim Uniwersytecie La Sapienza została odwołana - ogłosił we wtorek Watykan. Ta bezprecedensowa decyzja została podjęta w związku z trwającymi protestami przeciwko wizycie papieża. (...) W 1990 roku, jeszcze jako kardynał Joseph Ratzinger, oświadczył w Parmie, że "proces kościelny przeciwko Galileuszowi był uzasadniony i sprawiedliwy".

Aktem wstecznictwa jest blokowanie wizyty Benedykta XVI, który jest nie tylko biskupem Rzymu, wikariuszem Chrystusa i następcą świętego Piotra, ale także człowiekiem wielkiej kultury, otwartym na dialog i dyskusję - oświadczył kardynał Grocholewski komentując opinie kontestatorów papieża, według których "reakcjonista" i "przeciwnik Galileusza" nie ma prawa wstępu na świecka uczelnię.

Czytam właśnie z konieczności Jacques'a Maritaina i widzę tam tę samą wielką kulturę, to znaczy międlenie tomistycznego bełkotu o duchowej (czyli rozumnej) osobie ludzkiej, stojącej ponad materialną jednostką. Jak już prawie dwadzieścia lat temu pisał Eugen Drewermann (którego już tu kiedyś zachwalałem, i polecę raz jeszcze mimo bardzo rozwlekłego stylu: Kler. Psychogram ideału, wyd. Uraeus, Gdynia 2002; cytat ze str. 91): "(...) dlaczego każda próba zmiany myślenia w rejonach teologii natyka się na charakterystyczne utrudnienia; a ponadto nawet w najbardziej sprzyjającym, w najśmielszym wypadku klerykalne myślenie zawsze pozostaje związane z ideologicznym pograniczem historii swych własnych pojęć. [Otóż] Dla porównania wystarczy sobie raz uświadomić, że z początkiem nowożytności ani jedno z tradycyjnych, w istocie pochodzących od Arystotelesa wyobrażeń o faktach i prawach natury nie pozostało niezweryfikowane; prawie bez wyjątku doczekały się one zaprzeczenia; a potem trzeba temu przeciwstawić, jak w szczególności teologia katolicka do dzisiaj nie potrafi wyjaśnić ani jednego ze swych dogmatów, nie posługując się aparatem pojęciowym Arystotelesa; i to dopiero na płaszczyźnie interpretacji symboli, podawanych ze swojej strony, jako z góry ustanowione prawdy Boskie, za definitywnie wiążące i niewzruszone". Kardynał chciałby dyskusji, dialogu - z czym? Z gigantycznym gmachem aksjomatycznie wyobrażonej konstrukcji świata wspartej naiwnym realizmem pojęciowym Arystotelesa i Tomasza? Żeby przystąpić do dyskusji, trzeba mieć w sobie choć trochę kultury. Kultury myślenia.
wtorek, 08 stycznia 2008
O dialogu
Zdaniem szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego, w sprawie zapłodnienia in vitro "nie ma i nie będzie żadnego konfliktu rządu z Kościołem" (...) Odnosząc się do stanowiska lewicy w sprawie zapłodnienia in vitro, Chlebowski powiedział, że jego zdaniem, obecnie jest to "bardzo bezbarwna formacja, która nie ma pomysłu na politykę, nie ma pomysłu na poważne inicjatywy". "Wraca więc do tego, co zawsze cechowało lewicę - do walki z Kościołem, do wywoływania tematów zastępczych". (...)

Stosowaniu metody in vitro stanowczo sprzeciwia się Kościół katolicki. Jak powiedział w piątek ks. prof. Andrzej Szostek z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w tym wypadku "życie i śmierć są w rękach człowieka", co - według Kościoła - narusza godność istoty ludzkiej.

Wicepremier, szef MSWiA Grzegorz Schetyna i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO) uważają, że kwestia refundacji in vitro to sprawa dialogu rządu z episkopatem.

Podsumujmy: życie i śmierć są tematem zastępczym, który jest kwestią dialogu rządu z episkopatem. Żadnej debaty! - krzyczy hierarchia Kościoła katolickiego, a partia rządząca jest gotowa o tym porozmawiać.
To taka lokalna wersja ekumenizmu, czyli dialogu międzyreligijnego, w którym chodzi o to, że to katolicy mają rację. Celem dialogu będzie zapewne kompromis - zapewne taki, jak w sprawie ustawy o przerywaniu ciąży. Porozmawiajmy o tym, że nie. I dojdźmy do kompromisu, że nie. Bo skoro ja nie chcę, to innym też zabronię. Bo sumienie katolickie wyznacza moralność wszystkim nie-katolikom, choćby z obrzydzeniem słuchali dictum, że w demokratycznym państwie mają ich wiązać czyjeś prywatne, autorytatywne zasady.

Uczcie się dialogu, kochani. D
ialog polega na tym, że nie.
poniedziałek, 29 października 2007
Ave Satan!
Wreszcie dowiedzieliśmy się, kto odpowiada za porażkę wyborczą PiSu: poza tym, że naród omamiony przez specjalistów manipulujących mediami, Szatan się uwziął na Polskę. Niewątpliwie jest w tym wiele racji, bo czy tak trudno znaleźć podobieństwa? Sami spójrzcie na te rogi:


Nic dziwnego, że nawej Jego Wysokość Prezydenta zatkało tak, że od tygodnia nie może znaleźć słów nie tylko, by pogratulować Tuskowi, ale nawet by zrobić w ogóle cokolwiek. Na przykład by osobiście powiedzieć Tuskowi, że się obraził za nazwanie go bratem swojego brata, zamiast wysyłać w tym celu brata. Albo choć tyle, żeby dziad spieprzał. Nic dziwnego też, że Jego Eminencja kardynał Glemp we własnej osobie "nie życzy PO takiej opozycji, jaką ona sama była" - niepotrzebnie atakującej "dobre ideały" i "słuszne dążenie PiS do moralnego oczyszczenia Polski". Z szatanem się bowiem nie dyskutuje. Z szatanem trzeba twardo i nieustępliwie, pięścią machnąć, huknąć, zagrozić procesem cywilnym i karnym za obrazę, a najlepiej w ogóle nie rozmawiać, by nie zbrukać się kontaktem z niebywałym chamstwem.

Zasady przecież zobowiązują.
20:53, libreexamen , Polityka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 października 2007
Nowa nadzieja
Mój ojciec ciężko dziś przeżywa zwycięstwo Tuska, co chodzi na pasku Unii Europejskiej, czyli Niemiec. Babci wolę nawet nie pytać o opinię, bo zaraz zostanę oblany kubłem typowo chrześcijańskiego miłosierdzia. Biedactwa, jakże mi ich szkoda. ;)

Dzisiaj wieczorem zakończyły się w Polsce rządy paranoi i zawiści. Liberalna demokracja wygrała z autorytarną butą i głupotą, a otwartość na świat z zaściankowym nacjonalizmem. Dlatego, choć z Platformą nie do końca mi po drodze, całkiem szczerze mogę powiedzieć: wreszcie będzie normalnie. Wreszcie będzie czas, by przewietrzyć nagromadzoną przez dwa lata stęchliznę i zająć się czymś innym niż polityka. Poważniejszym. I przyjemniejszym. Jak śpiewają panowie ze Snow Patrol:

If I lay here
If I just lay here
Would you lie with my
And just forget the world?


Dokładnie tydzień temu zakochałem się i świat od razu nabrał innych kolorów. A teraz jeszcze IV RP poszła się bujać. Tak, dzisiaj jestem naprawdę szczęśliwy. :) Dziady niech spieprzają po raz ostatni, przynajmniej na cztery lata, a ja w spokoju udam się gdzie indziej:

All that I am
All that I ever was
Is here in your perfect eyes,
they're all I can see


Witamy w nowym, lepszym świecie.
sobota, 20 października 2007
Sokrates i demokracja

Niedawno Oliveira pisał o karze śmierci, że jej zwolennicy żądają dyskusji - podczas gdy ta dyskusja już się odbyła i zaowocowała konkretnymi wnioskami. W wyniku tych wniosków - dzięki woli politycznej przywódców państw - kary śmierci w Europie w zasadzie nie ma, a jej brak w kodeksie karnym jest warunkiem przystąpienia do Unii Europejskiej. Pewną przesadą jest co prawda twierdzenie, że wszyscy się z tymi wnioskami zgadzają, ale zdecydowanie ma Oliveira sporo racji: zaistniał pewien projekt, który zyskał na starym kontynencie mniej lub bardziej powszechną akceptację przynajmniej na szczeblu politycznym. Żądanie wznowienia dyskusji nad nim jest żądaniem cofnięcia się do stanu sprzed kilkudziesięciu lat i pominięcia milczeniem wszystkiego, do czego się przez ten czas doszło.

Podobnie jest z demokracją liberalną, która nie podoba się dziś rozmaitym pseudodemokratom. Pseudodemokrata żąda wznowienia dyskusji o podstawach demokracji liberalnej ("lecz poza tym jest dobro i zło") - w imię demokratycznej zasady dyskusji. Przekonany, że demokracja oznacza nieskrępowaną niczym dyskusję na dowolny temat, kwestionuje warunek wstępny dyskusji, który pozwolił mu zabrać głos - i żąda tym samym cofnięcia się co najmniej o dwa wieki, do czasu, gdy o demokracji trzeba było jeszcze dyskutować. Na podobnym paradoksie oparta jest konserwatywana myśl polityczna: demokratycznie decydujemy o tym, że jest coś bardziej wiążącego od demokracji. Odmowę dyskusji w sprawie zasad demokracji liberalnej traktuje konserwatysta jako hipokryzję demokraty, który przecież powinien dopuszczać nieskrępowaną dyskusję na każdy temat. Nie rozumie tym samym, że już żądając dyskusji o demokracji wykracza poza demokrację - ponieważ uważa błędnie, że demokracja polega na tym, że dyskutować można o czymkolwiek i zadecydować cokolwiek, byle tylko uzbierać 50,1% głosów. A jeśli ktoś sprzeciwia się większości w takiej sprawie, to jest niedemokratą, wbrew własnym zapewnieniom.

Właśnie dlatego - przekładając te abstrakcyjne i zbyt ogólne rozważania na naszą rzeczywistość polityczną - premierowi Kaczyńskiemu wydaje się, że jest doskonałym demokratą, ponieważ zdaje się na głos większości w przedterminowych wyborach. Że pozostaje demokratą "odzyskując" media, instytucje publiczne, prokuraturę, dając swe błogosławieństwo dla politycznych, pokazowych zatrzymań, wbrew konstytucji przyznając CBA nieskrępowany dostęp do tzw. wrażliwych danych wszystkich osób zarejestrowanych w ZUS, zmuszając miliony Polaków do niezgodnej z konstytucją lustracji, itd. - krótko mówiąc, zawłaszczając państwo i pakując się nieustannie z butami w życie obywateli. Bo przecież demokracja wyniosła go do władzy, dając mu mandat do robienia czegokolwiek.

Pozornie tylko przeciwny pogląd przyjmuje zaglądający tu Iulius, któremu wydaje się, że jest antydemokratą. O ile dobrze pamiętam jego zdanie z czasów, gdy jeszcze sam zaglądałem na jego blog, przyznanie równego, demokratycznemu głosu każdemu oznacza jego zdaniem równanie w dół oraz narzucanie swej woli przez przeciętność - wyjątkowości. Najkrócej mówiąc, demokracja zabiła Sokratesa, więc człowiek inteligentny nie może być demokratą.

Obaj, z uszanowaniem proporcji (tj. nie obrażając Iuliusa porównaniem do premiera) popełniają ten sam błąd: wydaje im się, że demokracja polega na głosowaniu. Jest to jednak nieprawda. Nie demokracja (w dzisiejszym rozumieniu) zabiła Sokratesa, lecz głos większości. W niedojarzałej demokracji ateńskiej nie rozumiano jeszcze, że nie o wszystkim można decydować w dowolnym głosowaniu, że chociażby w sprawach karnych należy zdać się raczej na omylnych być może, ale jednak fachowców i kierować się prawem, a nie swoim widzimisię. Nie zgadzam się tym samym z Richardem Rortym, według którego demokrację Ateńczycy rozumieli jako wolność od tyranii, a nie rządy większości. Moim zdaniem jedno z drugim się nie wyklucza i właśnie dlatego demokracja ateńska mogła być i była niedojrzała. To właśnie w Atenach skazano Sokratesa - w imię tyranii większości żądającej od każdego obywatela oddawania czci bogom wyposażonym akurat w państwowe błogosławieństwo. Tam również wymyślono ostracyzm, który - nawet jeszcze pod rządami Peryklesa i później - pozwalał pozbawić praw publicznych, skonfiskować majątek i wygnać na 10 lat dowolnego mieszkańca, jeśli tylko uzbierano w tym celu 6 tysięcy głosów.

Nawet w anglosaskim prawie karnym sędzia ma prawo w skrajnych wypadkach odrzucić werdykt ławy przysięgłych i zawyrokować po swojemu, gdy tak - choćby wbrew woli większości - każe mu wiedza i sumienie. Kaczyńscy właśnie dlatego walczą z sądami, że ich pojęcie demokracji jest całkowicie anachroniczne. Ich zdaniem to sędziowie są niedemokratyczni, gdy nie raczą posłusznie słuchać większości; tymczasem jest dokładnie na odwrót: to sędziowie, poprzez swoją niezawisłość od woli takiej czy innej większości, wzmacniają demokrację. Demokracja nie może istnieć bez indywidualizmu i bez gwarancji dla tych, którzy akurat znaleźli się w mniejszości. Właśnie dlatego polska konstytucja nie mówi, że RP jest państwem, w którym zwycięzcom wyborów wolno wszystko, lecz w zamian uznaje, iż RP jest "demokratycznym państwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej". Właśnie dlatego konstytucja RP poświęca 50 artykułów prawom i wolnościom jednostki, nim dochodzi do władzy ustawodawczej. Pseudodemokrata nie rozumie, że dzisiejsza demokracja to nie tylko wybór w głosowaniu, ale historyczny projekt aksjologiczno-ustrojowy, który obejmuje bardzo wiele aspektów, od zakazu tortur po nakaz rozstrzygania sprawy sądowej w rozsądnym terminie. I dlatego właśnie nie ma sprzeczności między demokracją a indywidualizmem, demokracja nie musi być wrogiem Sokratesa - jeśli tylko odpowiednio się ją rozumie.

Oczywiście określenia "historyczny projekt" nie należy rozumieć jako "ponadczasowy", "uniwersalny" etc. Historyczny, tzn. zakorzeniony w historii naszego kontynentu: projekt, który przydarzył się, choć wcale nie musiał. Właśnie dlatego demokracja tak trudno przyjmuje się w krajach w rodzaju Afganistanu czy Iraku, że ustrój ten wymaga od obywateli dużo więcej niż prostej umiejętności wrzucenia kartki wyborczej do urny. Do demokracji trzeba dorosnąć, a owo dorastanie to proces rozpisany na pokolenia, a nie kilka miesięcy czy lat. Dlatego w Iraku nie będzie autentycznej demokracji, dopóki wolność wyboru będzie tam polegała na wolności wyboru między sunnicką i szyicką odmianą islamu. I dlatego w Polsce nie znikną antydemokratyczni pseudodemokraci, dopóki, brutalnie mówiąc, nie wymrze pokolenie, które demokrację rozumie jako prawo narzucania swojego zdania w dowolnej sprawie.

Oczywiście zasady demokratyczne (jak, dajmy na to, pluralizm światopoglądowy) można podawać w wątpliwość i dyskutować o nich: demokracja liberalna nie stanowi żadnej dziejowej konieczności, a w historii jest raczej wyjątkiem niż zasadą. Warto tylko przywrócić pojęciom ich czytelny sens: jeśli ktoś chce wznawiać dyskusję nad dyskusją, prezentować się jako adwokat takich czy innych, bardziej podstawowych od demokracji Wartości - nie może dzisiaj nazywać siebie demokratą. To Sokrates był demokratą (w sensie Rorty'ego), w imię krytycznego myślenia sprzeciwiając się rzekomym niewzruszonościom swoich sędziów - a nie jego sędziowie, broniąc ich.
czwartek, 13 września 2007
IV RP coraz bliżej
Można by długo, ale można też krótko:


Premier powiedział, że po wyborach możliwa jest koalicja PO-PiS. I jakoś dziwnie tym razem mu wierzę. Bo Platformie tak bardzo zależy, by być PiS-em bis, że trudno mi sobie wyobraźić bardziej pasujące do siebie partie. Trudno mi też uwierzyć w owe czarno-białe bilbordy, na których platformersi po raz kolejny wołają: "nie mamy programu, PiS jest be!". Bo gdyby naprawdę mieli coś przeciwko PiS-owi, to powołaliby komisje śledcze i zagłosowali za konstruktywnym wotum nieufności, by uniknąć ryzyka kolejnych politycznych zatrzymań w trakcie kampanii wyborczej. A tak opowiedzieli się za treścią powyższego obrazka.

Polakom gratujemy opozycji.
19:30, libreexamen , Polityka
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Kontakt
2. Światopoglądy
3. Edukacja
4. Media
5. Polityka
6. Varia
7. Religia
8. Irreligia
9. Literatura
10. Muzyka - top 5
11. Muzyka - best of the best
12. Muzyka - inspiracje
13. Źródła filozoficzne


wyświetleń